Mam syndrom Bullerbyn! - "I cóż, że o Szwecji" Natalii Kołaczek


Kiedy przeglądając Facebook’a wyświetlił mi post Natalii Kołaczek ze Szwecjobloga z informacją, że napisała książkę byłam zafascynowana, bo 1) miała wyjść nowa książka o Szwecji, 2) napisana przez moją ulubioną blogerkę oraz 3) sam fakt, że wychodzi nowa książka… KSIĄŻKA!!! Zaczęło się odliczanie do 15 marca, a w sumie do 29, bo zamawiałam razem z „Pragnieniem” Nesbø.

 

Jakby tego było mało, dzień po tym, jak paczka przyszła do mnie, okazało się, że w mojej okolicy będzie spotkanie z autorką. Lepiej być nie mogło! Na marginesie dodam, że nie obyło się bez przeszkód, bo mogłam nie mieć transportu z powrotem do domu. Trudno, może ktoś by mnie przenocował… W każdym razie zrobiłabym wszystko, żeby się tam dostać. Na szczęście się udało i 5 kwietnia po południu dotarłam do Ikei po Sąsiedzku w Lublinie (na Krakowskim Przedmieściu, jakby ktoś chciał wpaść). Podczas spotkania udało mi się poznać autorkę i z nią porozmawiać, a także zgarnąć autograf (przepraszam Natalia, że byłam taka mało komunikatywna, ale nie jestem zbyt odważną osobą!). Bardzo ciekawym urozmaiceniem wydarzenia był zapis graficzny spotkania przez Agatę Jakuszko z Draw the Words.
 

Po spotkaniu rozpierała mnie energia (w sumie to trwało cały dzień, bo ledwo na lekcjach wysiedziałam, ponieważ nie mogłam doczekać się spotkania!), a pokusa zapoznania się z „I cóż, że o Szwecji” była ogromna, ale z drugiej strony byłam już bardzo zmęczona. Zaczęłam tę książkę rankiem kolejnego dnia, bo zrobiłam sobie wolne od szkoły. Przeczytałabym całość na raz, ale wieczorem musiałam przeczytać jeszcze lekturę na polski. Zatem dokończyłam dzień później.

 

Kiedy zamknęłam książkę Natalii i odłożyłam na moją półkę poświęconą Szwecji, zrobiło mi się jakoś tak smutno. Spokojnie, nie dlatego, że książka mi się nie podobała i żałowałam straconego czasu. Bynajmniej, to było świetne i jestem pewna, że znajdzie się w czołówce najlepszych książek przeczytanych w 2017 roku. Po porostu żałowałam, że tak szybko ją pochłonęłam, ale na pewno będę wracać do lektury. Autorka opisała Szwecję taką, jaką wszyscy kochamy. Dzięki niej odkryłam, że doskwiera mi „syndrom Bullerbyn” – nie, że coś, ale mi to się podoba! Dodatkowo w książce odnajdziemy liczne zdjęcia zrobione przez samą autorkę. Dodaje to pozycji autentyczności oraz klimatu sielankowej i pięknej Szwecji. Co więcej, Natalia ma bardzo lekkie pióro, więc książkę czytało się bardzo szybko i przyjemnie.


 

Wielkim atutem „I cóż, że o Szwecji” jest to, że Natalia wplotła w treść wiele anegdot, czy też zjawisk znanych z autopsji. Bardzo lubię słuchać, czy czytać cudzych historii z jakiegoś wyjazdu, bo tak naprawdę każdy doświadczy czegoś nowego, innego nawet będąc w tym samym miejscu. Czytając można odkryć tak wiele mało znanych faktów o Szwecji, że podziwiam autorkę za jej wiedzę. Również bardzo mnie cieszyło, gdy pojawiały się jakieś ciekawostki związane z samym językiem (kręcą mnie takie rzeczy). Któregoś dnia przewertuję książkę i je sobie wypiszę, bo fajnie by było się tego nauczyć.

Mam nadzieję, że ktokolwiek zainteresował się tą książką, a Natalia choć trochę docenia moją „recenzję”, a raczej wywód o jej książce. Na koniec chciałam pozdrowić wszystkich, którzy byli na spotkaniu w Ikei i to (mam nadzieję) czytają. To był świetnie spędzony czas! Dziękuję Natalio za napisanie „I cóż, że o Szwecji” i za to, że się wreszcie poznałyśmy!

Komentarze

  1. Kurcze, a tak się zastanawiałam czy tej książki nie kupić jak ostatnio byłam w księgarni. Ale po przeczytaniu Twojego wpisu, teraz już wiem, że muszę ją kupić KONIECZNIE :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi miło, że dzięki mojemu wpisowi chcesz przeczytać tę książkę :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty