Moja szwedzka historia


Praktycznie wszystko, co nas w życiu spotyka ma na nas wpływ. Większy lub mniejszy, ale jednak. Tak samo jest z pasjami. To, czym się interesujemy jest tak naprawdę zbiorem tego, czego doświadczyliśmy i co z tego w nas zostało. Przecież nic nie bierze się bez powodu. Zatem w tym wpisie chcę Wam opowiedzieć o tym, skąd się u mnie wzięło zainteresowanie Szwecją i wszystkim, co związane z tym krajem.

 
Kiedy byłam w połowie gimnazjum (3 lata temu) pierwszy raz usłyszałam szwedzki zespół Sabaton. To była miłość od pierwszego riffu. Poznawałam ich twórczość dość wolno, bo po co odkrywać wszystko od razu? Pewnego dnia trafiłam na utwór „The Carolean’s Prayer”. Ogólnie, to jest to po angielsku, ale w pewnym momencie (3:17) pojawiają się chóry po szwedzku. Potem znalazłam  „Ruina Imperii”. Jeszcze później dowiedziałam się, że cały album „Carolus Rex” został nagrany w dwóch wersjach językowych: po angielsku i po szwedzku. Po tych wszystkich odkryciach związanych z ich utworami wiedziałam, że to „to”. Ten język był taki piękny, nieznany, tajemniczy i niesamowicie pociągający. Śpiewałam za Brodènem, choć nie rozumiałam ani jednego słowa. Jednak to był dopiero początek.
 
 
Potem nagle Szwecja zaczęła być wszędzie. Gdzie bym nie spojrzała tam Sverige! Różne wydarzenia, zwyczaje, pisarze, a przede wszystkim muzyka (ale to nikogo chyba nie dziwi). Przecież w podstawówce tak mi się podobały „Dzieci z Bullerbyn”, że od razu wypożyczyłam „Karlssona z dachu”, gdy tylko zobaczyłam tę książkę w bibliotece szkolnej. To właśnie po przeczytaniu „Braci Lwie Serce” doświadczyłam pierwszego kaca książkowego i stwierdziłam, że nigdy w życiu nie przeczytam lepszej książki. Ten sam scenariusz powtórzył się jakieś dziesięć lat później, ale o tym za chwilę. Również potem okazało się, że kiedyś słuchałam „Boten Anna” i śpiewałam za Basshunterem. Zawsze ciekawił mnie ten język, a wszyscy mówili mi, że to niemiecki (przemilczmy to). Nie koloryzuję historii, naprawdę już jako dziecko lubiłam języki obce, a raczej ich brzmienie. Pierwszą rzeczą, o jaką pytałam, nie było „Co to za piosenka?”, czy „Czyje to?”, bo po co, skoro można spytać „Mamo, po jakiemu to?”.
 
Kolejnym etapem w mojej szwedzkiej historii był czas, kiedy postanowiłam, że nauczę się tego szwedzkiego. Niestety w mojej okolicy nie ma szkoły językowej, w której mogłabym się uczyć, więc musiałam sobie radzić sama. Pamiętam, jak wyszłam szczęśliwa z Empiku ze „Szwedzki nie gryzie” (jeszcze nie wiedziałam, że niepotrzebnie się cieszę z tej książki) i poszłam do innego sklepu, a kobieta stojąca obok mnie przy kasie spytała „Po co Ty się będziesz uczyła szwedzkiego?!”. No kurde! Tak więc zaczęłam naukę. Jeszcze wcześniej próbowałam się uczyć fińskiego, ale polskie materiały są beznadziejne, więc przestałam, ale myślę, że w wakacje wrócę do tego języka.
W sierpniu 2016 roku pojechałam pierwszy raz do Szwecji na wycieczkę zorganizowaną ze Stena Line (jak ktoś rozważa taki wyjazd, to miejcie na uwadze, że polecam i to z całego serca). Dzięki przewodniczce można było się dowiedzieć tylu wspaniałych ciekawostek kulturowych i zatonąć w tej kulturze. W przeciągu paru dni zobaczyłam i doświadczyłam bardzo wiele. Będąc w drodze powrotnej do Karlskrony już tęskniłam za Szwecją. Najchętniej bym już stamtąd nie wracała. Kiedy dotarłam do dziury, w której mieszkam wszyscy bliscy znajomi pytali o wyjazd i czułam się szczęśliwa wtedy, bo wreszcie kogoś to interesowało (nikt z moich przyjaciół i znajomych nie interesuje się Szwecją), a ja mogłam wreszcie gadać dowoli.

Tak więc Szwecja mnie totalnie pochłonęła. Do tego doszła literatura, a jak pewnie zauważyliście jestem książkoholikiem. Nawet nie wiecie, jak bardzo cieszyłam się, gdy na urodziny dostałam trylogię „Millennium” (pewna osoba mi świadkiem!). Zaczęłam to czytać na drugi dzień po urodzinach i przepadłam. To właśnie ten kolejny moment, kiedy raz przeczytałam kolejną najlepszą książkę w moim życiu. Więcej o tym nie będę pisać, bo mam w planach dłuższy wpis o tych książkach, więc nie ma potrzeby dublować.
 
Najnowszą rzeczą, która na mnie wpłynęła było spotkanie z Natalią Kołaczek ze Szwecjobloga oraz promocja jej książki. Wtedy uzmysłowiłam sobie, że chcę poświęcić się Szwecji i językowi szwedzkiemu. Dodatkowo pewna osoba ciągle namawiała mnie do założenia bloga. Mogłam to zrobić trzy miesiące wcześniej, ale niestety trochę się sprawy skomplikowały i dopiero po spotkaniu z Natalią stwierdziłam, że chcę tego i bardzo jestem jej za to wdzięczna. Teraz przede matura, do której będę się musiała porządnie przygotować, jeśli chcę się dostać na filologię szwedzką. Mimo wszystko, czuję, że będzie wszystko w porządku, bo niby czemu miałoby nie być?
 

Komentarze

  1. U mnie wystarczył jeden film. JEDEN, żebym się zakochała w szwedzkim. Män som hatar kvinnor z cudownym Michaelem Nyqvistem. I potem już poszło :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest właśnie na podstawie pierwszej części "Millennium" :D świetna historia, prawda? :) super, że akurat ta historia sprawiła, że się interesujesz szwedzkim ;)

      Usuń
    2. Książki pochłonęłam w tydzień, po polsku. Potem obejrzałam film (w sumie wszystkie trzy) i zachwyciłam się totalnie w melodii tego języka! Chociaż bardziej jestem związana z Finlandią, jednak chyba nigdy nie uda mi się opanować fińskiego do perfekcji :(

      Usuń
    3. Szwedzki jest piękny <3 fiński też :D Finowie są świetni! Też interesuję się kulturą fińską i strasznie żałuję, że jest tak mało materiałów do nauki i nie ma za bardzo, jak się nauczyć

      Usuń
  2. "Potem nagle Szwecja zaczęła być wszędzie. Gdzie bym nie spojrzała tam Sverige!"

    No właśnie tak to wszystko wygląda! :D :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha :D ale to zawsze tak jest! I wtedy już się wie, że nie ma odwrotu :P Skoro teraz mnie Islandia "prześladuje", to powinnam to potraktować jako ostrzeżenie, prawda? :D

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty