Wielki sukces, wielkie nadzieje i wielka klęska - ekranizacja powieści "Pierwszy śnieg" Jo Nesbø

Od Pierwszego śniegu Jo Nesbø zaczęła się moja przygoda z kryminałami. Zafascynował mnie w nim mroczny klimat Oslo, mroźnej Północy oraz tej intrygującej zagadki. Kiedy na początku roku dowiedziałam się, że ma wyjść film na podstawie tej powieści  byłam przeszczęśliwa. Przecież tak genialne dzieło będą wreszcie mogły poznać nawet osoby, które nie czytają, a także mógłby być to dobry sposób na odświeżenie sobie tej historii, bo obejrzenie filmu zajmuje dużo mniej czasu, niż przeczytanie książki, a przecież na półkach kurzą mi się całe stosy tych, których jeszcze nie tknęłam. Wchodząc do sali kinowej byłam zaaferowana. Usiadłam wygodnie, przeczekałam reklamy i miła atmosfera zniknęła…

 

Zanim zacznę lament, powiem mniej więcej, o czym jest ta historia. W stolicy Norwegii jest taki policjant – Harry Hole. Gościu ma trochę ciężkie życie i zdarza się mu wypić. Pewnego dnia w Oslo zabita zostaje kobieta. Przed jej domem ktoś lepi bałwana i bynajmniej nie jest to jej syn (w filmie ma córkę, SZCZEGÓŁ). Takie przypadki pojawiają się za każdym, gdy pada pierwszy śnieg. Dodatkowo każda ofiara jest zamężną kobietą, a przed jej domem pojawia się bałwan, który patrzy wprost na mieszkańców budynku. Sprawą postanawia zająć się nasz doświadczony policjant – Harry.

 


Taka intrygująca historia, taki bestseller… CO MOGŁO PÓJŚĆ NIE TAK? A no dużo. Po pierwsze, emocje w filmie są na poziomie bliskim do zerowego. Nie ma tam jakiejś porywającej muzyki typu Hans Zimmer, zaskakujących ujęć, czy klimatu. Można sobie spokojnie oglądać wcinając popcorn, bez obawy, że nam wypadnie. To nam nie grozi. Po drugie, wiele wątków zostało zaczętych i nie skończonych. Przykładowo parę razy widzimy pewną kobietę, nawet nie dowiadując się, kim ona jest. Po prostu parę razy przemyka nam w kilku scenach. Obecność zabójcy jest sugerowana przez dzwonek telefonu (?), który brzmi jak dżingiel z jakiejś gry komputerowej z początku XXI wieku (mmm, strach się bać!). A żeby było jeszcze śmieszniej, gdy mówimy o mordercy, to zamiast podpisać się na liścikach słowem Bałwan, on rysował bałwany, co wydało mi się dość zabawne zważając na to, że postać nie miała problemu z infantylnością. Pozostając przy zabójcy, to autorzy filmu nie pokazali prawdziwego motywu zbrodni (o tym więcej w części ze spoilerami, która będzie po trailerze filmu). Zakończenie się nie wyjaśnia, a widzowie mają mieszane uczucia i zastanawiają się, o co w tym filmie chodzi. W ogóle oglądając można popaść w niezłą konsternację, bo w paru momentach robi się wręcz nienaturalnie dziwnie. Miejscami z koleżanką nie wiedziałyśmy, co się wydarzyło na ekranie, mimo że obie doskonale znamy tę historię. A skoro mowa już o nienaturalności, to niektóre sceny były tak bardzo nierealistyczne, że to aż boli. Odstrzelona głowa wyglądała jakby ktoś celował do manekina i wysmarował go czymś czerwonym. Wiem, że nie zawsze się da zrobić wszystkiego tak, jakby to naprawdę wyglądało, ale są też specjaliści od grafiki, którzy na pewno poradziliby sobie bez problemu z taką sceną. A no i jeszcze jedno – kryminologiem nie jestem i prawdopodobnie nigdy nie będę, ale pewien moment wydał mi się absurdalny. Otóż gdy morderca wchodzi do domu jednej z ofiar, zostawia spalonego papierosa w śniegu na poręczy. Część, którą trzymał w rękach (nie miał rękawiczek, jak coś) zostawił ponad warstwą śniegu. CZEMU NIKT NIE WZIĄŁ Z NIEGO ODCISKÓW PALCÓW?! Film ratują ładne widoki ośnieżonej Norwegii, do której aż chce się pojechać po seansie.
 

Skoro to film na podstawie książki, warto byłoby przyrównać te dwie formy opowieści historii, której twórcą jest Nesbø. Zacznijmy od głównego bohatera. Już sam dobór głównego aktora nie był zbyt trafny. Z całym szacunkiem do Michaela Fassbendera, ale nie pasuje totalnie do tej roli (nie oszukujmy się, sam autor pasowałby najlepiej do opisu książkowego). W dodatku z Harry’ego zrobili takiego menela, na którego aż przykro patrzeć. Ok, bohater miał problemy z alkoholem, ale bez przesady, żeby budził się w jakiejś budce z wódą w ręku. Co mnie jeszcze drażniło, jako typowego skandynawomaniaka i grammar nazi, to sposób w jaki wypowiadano nazwisko Harry’ego. To nie jest angielskie słowo „hole” czytane jako /hƏƱl/, ale wymowa norweska to [hule]. Możecie uważać, że przesadzam, czy coś, ale nawet Harry na samym początku Człowieka nietoperza zwracał uwagę na poprawną wymowę swojego nazwiska:


W książce relacja głównego bohatera i Rakel oraz jej syna – Olega jest zupełnie inaczej nakreślona. Oni byli bardzo ze sobą zżyci i nawet po rozstaniu byli świadomi tego, że powinni być wszyscy razem. Uważam, że w filmie te stosunki są bardzo płaskie i nie da się odczuć tej więzi między nimi. W ogóle wątek romantyczny w adaptacji to jakiś żart. Ah, i jeszcze sceny początkowe również zostały zawalone. Jak się film zaczął to zastanawiałam się, czy weszłam do dobrej sali kinowej, bo nie przypominałam sobie, aby w książce ktoś odpytywał jakieś dziecko z historii Norwegii. No ale dobra. Nie moja to wizja.


Dobra, teraz część NA SPOILERY. To znaczy, że osoby, które nie czytały lub nie oglądały są proszone o opuszczenie tego wpisu (to dla Waszego dobra), ale jeśli czytacie to mimo wszystko – Wasza odpowiedzialność.

Postanowiłam, że wypunktuję Wam, co mnie najbardziej raziło oglądając:

·        Pierwsza scena. No to pod względem tego, co się działo w książce, to jakaś komedia. Pomijając to, co napisałam wcześniej, jest jedna szczególna uwaga i to nie tylko moja. Jak wiemy z powieści matka mordercy została zabita przez własne dziecko. W filmie to wygląda tak, jakby ona popełniła samobójstwo, a syn krzyczy „Mamo! Nie zostawiaj mnie!”. Serio? SERIO??? S.E.R.I.O?!

·        Śmierć Katrin. To było straszne! Nie rozumiem totalnie, po co to było. Przecież ona występuje w innych częściach historii. Jej zachowania były totalnie nielogiczne, a jej romans z Harrym w filmie nie istnieje.

·        Scena finałowa. To już był w ogóle hit. Książka przedstawia scenę, w której Rakel siedzi na bałwanie i ma wokół szyi ma te urządzenie, które odcina części ciała i zasklepia krew. Oleg się ukrywa. Harry leci na odsiecz. No sytuacja doszła do trzeciego szeregu. A jak to wygląda w filmie? Rakel, Oleg i Harry siedzą przy stole, a morderca trzyma narzędzie zbrodni przy szyi kobiety. Chyba nie mam nic więcej do powiedzenia.

Komentarze

Popularne posty