O Północy z... Szwecjoblog


Zgodnie z obietnicą dziś na blogu zaczynamy nową serię - "O Północy z...". Moim pierwszym gościem jest Natalia ze Szwecjobloga, ale jej chyba nie trzeba Wam przedstawiać. Zatem, ja już nie będę przedłużać i oddaję jej głos.



Jak wiadomo studiowałaś filologię szwedzką. Jaki przedmiot był Twoim ulubionym na studiach?

Okazuje się, że najwyraźniej studia traktowałam holistycznie, bo nie przypominam sobie teraz, żebym miała jakieś ulubione przedmioty, choć mam wrażenie, że dużo bardziej angażowałam się w zajęcia o tematyce językoznawczej. Pamiętam za to, że dużo emocji budziła runologia. I to nie tylko dlatego, że kiedy opowiadałam znajomym, że muszę przygotować się na zajęcia z tego przedmiotu, to czułam się jakbym studiowała w Hogwarcie. Samo odczytywanie, „odszyfrowywanie” tekstów sprzed tak wielu wieków było dla mnie fascynujące. Jeszcze większą frajdą jest dla mnie wciąż, kiedy mogę dotrzeć w Szwecji do kamieni runicznych i spróbować odczytać inskrypcje.



W języku szwedzkim jest mnóstwo dialektów. Jaki jest Twoim ulubionym i którego najczęściej używasz, gdy mówisz po szwedzku?



Posługuję się rikssvenska, czyli językiem standardowym, neutralnym pod względem dialektów. Z ogromnym sentymentem przysłuchuję się odmianom szwedzkiego z regionów, gdzie pomieszkiwałam, kiedy wyjeżdżałam do Szwecji na dłużej, czyli göteborskiej i skańskiej. Przy czym tej ostatniej, z tak inną melodią, tak charakterystycznym brzmieniem R i rozciągniętymi samogłoskami, nie nazwałabym chyba „ulubioną”…



Co najbardziej podoba Ci się w zawodzie tłumacza?

Podoba mi się praca ze słowem sama w sobie, takie „grzebanie” w tekście. Cieszy mnie moment, kiedy książka trafia w ręce czytelników i może zacząć żyć własnym życiem. To tym ważniejsze, kiedy pracuje się nad przekładem tytułu, który bardzo chce się wprowadzić na polski rynek, o którym chce się dyskutować z polskimi czytelnikami, bo to ważne lektury. Takie uczucia towarzyszyły mi przy tłumaczeniu Przyjaciół zwierząt Antona Marklunda, mojego translatorskiego debiutu, i 1947 Elisabeth Åsbrink.




Czy pamiętasz swoją pierwszą książkę przeczytaną po szwedzku? Jaki był jej tytuł i czy czytając zauważyłaś, coś czego nie mogłabyś dostrzec gdybyś czytała ją w języku polskim, np. jakieś gry językowe, typowo szwedzkie nieprzetłumaczalne słowa?

Bracia Lwie Serce Astrid Lindgren to nie pierwsza, ale na pewno jedna z pierwszych przeczytanych przeze mnie w oryginale szwedzkich książek. Ale za to bardzo zapadła mi w pamięć – prawdopodobnie dlatego, że w dzieciństwie tak wzruszała mnie ta historia. Zwróciłam tam uwagę na szwedzkie złożenia (sammansättningar) – te długie i często bardzo precyzyjne słowa, których znaczenie po polsku musimy oddać czasem przy pomocy kilku wyrazów. Dolina Dzikich Wiśni i Dolina Dzikich Róż z Nangijali to szwedzkie Körsbärsdalen i Törnrosdalen. Później, na studiach licencjackich, napisałam swoją pracę dyplomową o tłumaczeniu złożeniowych nazw własnych, tym razem na przykładzie książek o Muminkach.



Twoja książka jest już na rynku od ponad roku. Czy w związku z wydaniem jej zmieniło się coś w Twoim życiu?

Oczywiście że tak – spotkania z czytelnikami były dla mnie czymś zupełnie nowym! Przyzwyczaiłam się do wirtualnego kontaktu, na blogu z początku nie ujawniałam nawet swojego imienia. Dzięki spotkaniom miałam okazję popodróżować trochę po Polsce: spotkanie w Lublinie było dla mnie na przykład świetną okazją, by po raz pierwszy zwiedzić to miasto.



Co najbardziej podobało Ci się na spotkaniach autorskich - możliwość rozmów o Szwecji i o Twojej książce, czy może spotkanie na żywo swoich czytelników?

Bardzo cieszyło mnie, że spotkania nie miały formy typowych wywiadów czy wykładów, ale były właśnie dosłownie okazją do spotkań. Miałam okazję nie tylko opowiadać o Szwecji, ale i posłuchać opowieści o Szwecji, o wycieczkach na północ, czy o pracy i mieszkaniu w tym kraju. Albo o wzlotach i upadkach w nauce języka. Takie rozmowy, taka wymiana doświadczeń, potrafią być niesamowicie inspirujące i uskrzydlające.



Czym, według Ciebie, się różni pisanie książki od pisania postów na blogu?

Pisząc książkę, tak samo jak przygotowując każdy tekst na blogu, myślałam przede wszystkim o czytelnikach. Okno na okładce książki to nie przypadkowy motyw – chciałam zaprosić czytelników do poznawania kraju, języka, ludzi, nie tylko z mojej perspektywy, ale i własnej, do takiego „zajrzenia” do Szwecji. Szwecjoblog to nie tylko zbiór tekstów, ale też miejsce do wymiany myśli. W komentarzach zarówno pod wpisami i na fanpage’u na Facebooku sporo się dzieje, bardzo cenię sobie te dyskusje, bo sama dużo się z nich mogę nauczyć. Największą odczuwalną różnicą, było to, że reakcje na wpisy pojawiają się też od razu, na pierwsze komentarze na temat książki musiałam czekać kilka miesięcy od momentu, kiedy w tekście postawiłam ostatnią kropkę. Blog jest zresztą dużo bardziej „interaktywny”, pisząc o jakimś miejscu mogę podpiąć link do mapy, wspominając o piosence, filmie czy skeczu – umieścić film z YouTube’a, omawiając jakieś słówka – podsunąć brzmienie wymowy z serwisu Forvo. Czasem brakowało mi takich „dodatków” w pracy nad książką. Mogę jedynie liczyć na to, że udało mi się rozbudzić ciekawość czytelnika na tyle, że na własną rękę poszuka dodatkowych informacji czy sięgnie do przytaczanych przeze mnie źródeł.



Jaki moment w Twoim życiu uważasz za przełomowy, jeśli chodzi o pasję związaną ze Szwecją?

To nie jeden moment, to raczej kamienie milowe, które zaznaczają nowe „etapy wtajemniczenia”: pierwsza wycieczka, rozpoczęcie studiów, pierwszy „nieturystyczny” wyjazd do Szwecji, pierwsze prowadzone lekcje szwedzkiego (kiedy na język trzeba było spojrzeć od trochę innej strony), założenie bloga, pierwszy przekład literacki, napisanie własnej książki… Zobaczymy, co jeszcze przede mną!




Jaka była najzabawniejsza lub najdziwniejsza sytuacja, która przydarzyła Ci się w Szwecji?

Dość dziwnym doświadczeniem była dla mnie degustacja słynnego kiszonego śledzia. O tym specjale słyszałam bardzo dużo – że nie wolno brać puszki na pokład samolotu, że powinno się ją otwierać na zewnętrz i najlepiej pod wodą. A do tego po polsku słyszałam często (wprowadzające zresztą w błąd) określenie „zgniły śledź”. Trochę bałam się tego, co nas czeka. Tymczasem samo jedzenie nie było tak spektakularne, jak się zapowiadało. Śledzia podano na kanapce z cienkiego pieczywa, grubo posmarowanej masłem, na którą położono jeszcze ugotowane ziemniaki z koperkiem, śmietanę i cebulę. Zapach pozostał wprawdzie w pamięci, ale dużo więcej oporów miałam chyba przed spróbowaniem pasztetu z łosiątek.



Czy wyobrażasz sobie swoje życie bez pasji do Północy?

Można powiedzieć, że Szwecja i język szwedzki stały się już moją codziennością. Jako lektor i tłumacz pracuję z językiem, prowadzę też badania naukowe na temat szwedzkiego właśnie. Kiedy podróżuję, to przede wszystkim na północ, mam długą listę miejsc, które jeszcze chciałabym odwiedzić, a na wyjazdy do „ciepłych krajów” kompletnie się nie nadaję, to nie moje klimaty. Dużo czytam, sporo miejsca na moich półkach zajmują właśnie tytuły skandynawskie, choć ostatnio akurat coraz chętniej sięgam po reportaże polskich autorów. Ważne jest też, że dzięki moim zainteresowaniom poznałam wielu fantastycznych ludzi. Bardzo podoba mi się to, co robię i nie sądzę, żeby mi się znudziło, więc po prostu nie poświęcam czasu na gdybanie i wymyślanie sobie alternatywnych scenariuszy, wolę tę energię przeznaczyć na rozwijanie tego, co tu i teraz 😊


Wszystkie zdjęcia pochodzą z archiwum prywatnego Natalii

Komentarze

Popularne posty